Kiedy rodzi się asertywność?

with Brak komentarzy

Z pojęciem asertywności pierwszy raz spotkałam się na godzinie wychowawczej w 5 albo 6 klasie podstawówki. Mieliśmy wtedy takie nudne, sztampowe warsztaty z wychowawczynią i panią pedagog. Nie pamiętam już szczegółów, ale jestem pewna, że były tradycyjne kartki ze skrótem najważniejszych informacji oraz warsztaty w postaci odgrywania scenek. Nie jestem w stanie sobie przypomnieć, jaką miałam rolę w tym wszystkim, ale mam pewność, że nie przyniosło to specjalnego efektu. Podobnie jak w przypadku innych warsztatów, przeprowadzanych zgodnie z tym samym schematem: kartka, omówienie, scenki.

Do tematu asertywności wróciłam na poważnie dopiero w dorosłym życiu, kiedy okazało się, że powiedzenie „NIE” jest jedną z kluczowych kompetencji, koniecznych do zachowania zdrowia psychicznego i szacunku otoczenia. Zderzenie się z rzeczywistością bywało dla mnie o tyle bolesne, że wychowywana byłam pod kloszem i zgodnie z poglądami raczej konserwatywnymi, czyli miałam być cicha, posłuszna i się nie wychylać. Na szczęście dla mnie – ten model wychowania nie wypalił, a wręcz wzbudził we mnie silną wolę sprzeciwu.

Dlaczego o tym piszę?

Ponieważ jak wiele innych ludzi, byłam zmuszona do budowania i wzmacniania swojej asertywności jako już dorosła osoba.

Ponieważ musiałam polegać na mojej woli sprzeciwu zamiast na faktycznej kompetencji, wyniesionej z domu rodzinnego.

Ponieważ podczas odbudowywania własnych granic, zdarzało mi się zachowywać nieprzyjemnie i agresywnie wobec innych.

I jestem przekonana, że mogłam tego uniknąć, jeżeli asertywność byłaby we mnie wzmacniana w dzieciństwie.

Asertywność rodzi się wraz z dzieckiem

Gdy byłam w ciąży i czytałam o dzieciach, fascynowały mnie etapy ich rozwoju. Począwszy od etapu wszechmocy, w którym (według badań) dziecko ma poczucie maksymalnej sprawczości (zapłaczę i już się mną zajmują),

przez etap rozpoznawania swojej indywidualności (ja, sam, moje),

aż do kolejnych etapów uświadamiania sobie własnej odrębności i wyznaczania własnych granic. Te są jeszcze przede mną.

I ogromnym wyzwaniem dla rodzica jest, żeby tego (kolokwialnie mówiąc) nie spieprzyć. Bo z jednej strony – mamy obowiązek (i potrzebę) dbania o własne dzieci, co oznacza czasem przyziemne rzeczy jak mycie zębów, chodzenie spać czy wzięcie lekarstwa, co nie zawsze spotyka się z zachwytem. Mamy też normy społeczne, z którymi powinniśmy dziecko zapoznać. Są też nasze własne granice, emocje i zwyczajne zmęczenie, które często wpływają na ograniczenie cierpliwości.

Z drugiej strony, znajduje się ta dziecięca asertywność wyrastająca z bardzo silnego poczucia „ja”, którą jest łatwiej zniszczyć niż pielęgnować. Czy to ze względu na własne przyzwyczajenia – bo nas tak wychowano. Czy to ze względu na zwyczajną wygodę.

Nie potrzebuję mieć grzecznego dziecka

Przeklnę pewnie jeszcze te słowa nie raz, ale wynikają z mojego głębokiego przekonania, że „grzeczne” dzieci mają w życiu trudniej.

Szybciej padają ofiarą manipulacji, bo nawet jeśli nie są zbyt ufne, to są uległe.

Łatwiej ulegają wpływowi autorytetów, co potencjalnie może być dla nich niebezpieczne.

Bezwarunkowo przyjmują cudze opinie i próbują się dostosować, ponieważ są do tego przyzwyczajone.

Albo okłamują rodziców, żeby zachować pozory nieskazitelności.

Żadna z tych rzeczy mi nie odpowiada. Dlatego mój dwuletni syn sam sobie wybiera ubrania z szuflady i sam decyduje czy chce spać w ciągu dnia. Pytam go czy ma ochotę się przytulić i przestaję, gdy mówi „nie”. Pozwalam mu biegać po domu na boso, jeśli nie chce założyć skarpetek, a gdy nie ma ochoty jeść obiadu, to go nie je.

Może robić to, co nie zagraża jego życiu lub zdrowiu i co nie przekracza moich granic

To oznacza, że ma prawo nie zgadzać się z moją decyzją, która mu się nie podoba. Ma prawo wykrzyczeć do mnie cały swój sprzeciw i być na mnie zły. Ma prawo mieć zachcianki, kaprysy i poprosić o coś, na co ma ochotę w tej chwili. A ja mogę się nie zgodzić. I mój sprzeciw też jest dla niego ważny, ponieważ ma okazję obserwować, jak go wyrazić i w jaki sposób wypracowywać kompromis.

Oprócz tego, moje dziecko podejmuje codziennie bardzo wiele samodzielnych decyzji. Przykładowo, może wybrać owoce do owsianki lub warzywa do obiadu. Wybiera, co wrzucamy do pralki danego dnia i dokąd idziemy na spacer. Decyduje czy na kolacje będzie jadł jajecznicę czy kanapki. Decyduje czy chce mieć kąpiel z pianą czy z zabawkami i czy chce przed snem poczytać książkę czy popatrzeć przez okno. I jeśli przypadkiem sądzisz, że ironizuję pisząc „samodzielne decyzje” w kontekście owoców do owsianki, to muszę Ci powiedzieć, że dla dwulatka sprawa jest naprawdę poważna. Dla mnie zresztą też – oboje nie przepadamy za wiśniami i tolerujemy je wyłącznie w połączeniu z bananem.


Jeśli interesuje Cię, jakie postawy możemy czerpać od dzieci w procesie nauki, zapraszam Cię do artykułu na ten temat.
A w tym artykule znajdziesz podstawy pracy z negatywnym nastawieniem wobec nauki.

Jeśli spodobała Ci się treść, podaj dalej:

Zostaw Komentarz